DoubleTree_by_Hilton_Łodz

POCZĄTEK WRZEŚNIA, POCZĄTEK PRAKTYK W HOTELU

Zostawiłem okulary w Łodzi. Dzisiaj wieczorem obejrzę film z lekko rozmytym obrazem i będę pisać trochę „na czuja”. Wczoraj wieczorem tata powiedział, że zawiezie mnie rano na dworzec. Miło z jego strony. Optymalnie zaplanowałem swój czas na ten miesiąc.

Kilka negocjacji:

05:00 pobudka 06:30 – 07:40 pociąg do Łodzi 08:00 zaczynam pracę 16:00 kończę pracę 16:30 – 17:50 pociąg do Tomaszowa

Optymalnie. Zero pustych minut. Później to już wieczór w domu.

Wracając do dzisiejszego poranka. Zdążyłem przygotować śniadanie i jedzenie na później. Stanęliśmy z tatą przy samochodzie, który okazało się, nie miał powietrza w prawym

przednim kole.

06:19, żaden sąsiad nie podwiezie mnie o tej porze, bo większość z nich jeszcze śpi. Drugi dzień w hotelu, pomyślą sobie, że wymiękłem, zrezygnowałem, że nie daję rady. Spóźnienie nie wchodzi w grę. Double Tree by Hilton nie będzie na mnie czekać. Wyciągnąłem rower i zacząłem pędzić na dworzec. Zdążyłem, naturalnie. W pociągu już w porządku, miałem bilet miesięczny, siedziałem sobie grzecznie na takiej malutkiej, plastikowej półeczce przy miejscu dla rowerów (coś jak nadkole w autobusie). Kiedy ja wsiadam do pociągu, zwykle jest niemal pełny do ostatnich centymetrów. Ale ta półeczka zawsze jest wolna, bo byle grubas nawet nie pomyśli, że to miejsce może służyć do siedzenia. A ja chętnie tam się wciskam. – bilet na rower pan ma? Pierwszy raz konduktor chciał bilet na rower, zawsze machali ręką i puszczali mnie dalej. Nie miałem biletu i po chwili rozmowy z bardzo zasadniczym panem konduktorem powiedziałem:

– Dobrze, za bilet zapłacę kartą.

Jestem chłopcem który lubi mieć dużo pieniędzy. Ale jestem roztargnionym chłopcem, który często gubi pieniądze. Dlatego zazwyczaj operuję kartą. A przewozy regionalne nie mają możliwości płacenia kartą.

– Wysiada pan na najbliższej stacji, albo piszę mandat.

Najbliższa stacja: Wykno. W sumie w porządku. Okolica ładna, dużo lasów, to może być przyjemny poranek na rowerze. Ale ja do pracy jadę! Ponieważ reszta podróżujących i tak słyszała moją rozmowę z konduktorem, ogłosiłem zrzutę na bilet dla mojego roweru. Okazało się, że już po chwili mogłem dalej spokojnie jechać do Łodzi i starczyłoby jeszcze na porządnego burgera na Piotrkowskiej.

Poruszenie ludzi było wspaniałe. Oczywiście wziąłem od nich tylko potrzebną mi sumę 7 złotych i każdemu odwdzięczyłem się uśmiechem. Ludzie mają w sobie ogromne pokłady dobra. I mają w sobie ludzkie odruchy. A ja mam to szczęście, że potrafię je wydobyć. Do pracy zdążyłem i tam też trochę się działo, ale o tym innym razem. Białe tło ekranu wykańcza moje oczy.

KONIEC WRZEŚNIA, KONIEC PRAKTYK W HOTELU

Przez chwilę pomyślałem, że odpuszczam sobie możliwość otrzymania największego napiwku. Jednak ta myśl szybko zniknęła. Naszło mnie wiele innych, znacznie bardziej radosnych, ale i kilka dość ponurych. Zanim doszło do wymiany tych myśli, potrzebuję cofnąć się do wyjazdu w góry, a właściwie do powrotu z nich. Sam pobyt w Szczyrku to osobna historia (wolontariat przy Beskidzkim Ultramaratonie). Żeby tam pojechać, wziąłem wolne na piątek i spędziłem cały weekend w górach.

Ostatniego dnia, w niedzielę, w trakcie ceremonii medalowej zawodników wyszliśmy z Natalią w góry. Być w górach i nie zdobyć żadnego szczytu…kiepsko. Całe szczęście Natalia miała podobne zdanie w tym temacie i poszliśmy zdobyć Skrzyczną. Chociaż w sumie to był jej pomysł i to Natalia zaprowadziła mnie na szlak.

Sama wędrówka przyjemna. Po drodze minęliśmy kilku zawodników, których karmiliśmy poprzedniego dnia. Szczyt zdobyty, widoki w porządku. Tempo szybkie, motywowane naszym autobusem do Bielska-Białej, późniejszą przesiadką do Krakowa i moją przesiadką do Tomaszowa.

Zamiast autobusem, pojechaliśmy autostopem. Dało nam to dodatkowy czas, żeby zjeść coś ciepłego w Bielsku (frytki). PKS do Krakowa był słaby. Trochę jak w lichym klubie. Głośna i taka sobie muzyka, duszno i nieprzyjemnie ciasno. W dodatku kierowca sprawiał wrażenie jakby chciał przedłużyć te „imprezę”. I rzeczywiście, poruszaliśmy się na przód bardzo spokojnie, bez pośpiechu. Skutek był taki, że przez osiągnięte opóźnienie utknąłem w Krakowie bez możliwości pojawienia się na 08:00 w pracy. W efekcie spędziłem noc z Natalią, a w hotelu pojawiłem się we wtorek. A w pracy moc niespodzianek.

Na każdym komputerze przy recepcji w hotelu jest wspólny plik o nazwie „przekazanie zmiany”. Są w nim codziennie aktualizowane informacje, głównie dla bagażowych (czyli dla mnie), co trzeba komu przekazać, co odebrać, jakie przedmioty są w bagażowni, co zamówić i inne podobne. Kilka dni temu pojawił się komunikat, że przy hotelu kręci się podejrzany pan, zadaje dziwne pytania i chce korzystać z komputera.

Kilka godzin od rozpoczęcia pracy, kiedy już wytłumaczyłem swoją nieobecność i zobowiązałem się, że odrobię godziny nieobecności, pojawił się Pan z notatki. Przywitałem się i zaproponowałem pomoc. Potrzebował zalogować się na Facebook. Nie miał okularów i nie znał języka polskiego, w związku z czym zostałem z nim przy komputerze. Moja pomoc nie trwała długo, bo pomimo spokojnego dnia, miałem kilka obowiązków. Później Pan zniknął i pojawił się po dłuższej chwili. I tak kilka razy w czasie mojego wtorkowego pobytu w hotelu. Przez cały dzień ja zajmowałem się tym Panem, reszta ekipy krzywo na niego zerkała. Wieczorem wiedziałem już czemu ma chaotyczny zarost, lekko przetłuszczone włosy i niedzisiejszą świeżość. Mężczyzna utknął w Łodzi. Stracił bagaż, nie miał przy sobie dokumentów. Przez Facebook próbował skontaktować się z siostrą, która pracuje w banku w Islandii, ale teraz jest na wakacjach z mężem. Koleś od siedmiu dni funkcjonował w obcym świecie mając tylko siebie. Pomagałem mu, jak tylko mogłem. Udostępniłem nasz telefon do krótkiej rozmowy, szukałem otwartego po osiemnastej banku Western Union w okolicy, tłumaczyłem jak do tego banku dojechać, żeby mógł odebrać kartę i korzystać z konta założonego przez jego siostrę.

Koniec mojej pracy pokrywał się z chwilą, kiedy Sven (tak ma imię) dostał informację od siostry, że ma już założone konto i może jechać do banku (jakkolwiek mógłby skorzystać z banku bez dokumentów, trzymałem kciuki). Wracając z restauracji, gdzie żegnałem się ze znajomymi, Sven zaczął mi dziękować za poświęcony czas i za pomoc. Wspomniał, że kiedy wróci z banku, będzie chciał zjeść u nas w restauracji i że jeszcze się zobaczymy. Ja wtedy przytakiwałem ze zrozumieniem, a w myślach miałem głównie koniec pracy i powrót do domu. Pod prysznicem pomyślałem, że mógłbym zaczekać na jego powrót i zasłużyć na

napiwek. Na szczęście brałem szybki prysznic i wraz z zakręceniem wody, odpłynęła ta myśl. Zerkając na zegarek zrozumiałem, że przytakiwanie Svenowi i tak zabrało mi kilka cennych minut potrzebnych do dojścia na dworzec. Uznałem też, że moje kilka minut do pociągu było żadnym wyzwaniem w porównaniu z tym, co Sven przechodził przez ostatni tydzień. Szybko wyciągnąłem z szafki kartkę i długopis i zacząłem do niego pisać. Zostawiłem swój adres mailowy z prośbą o wiadomość, czy wszystko z nim w porządku i jak sobie radzi. Pobiegłem do recepcji, zapakowałem kartkę do hotelowej koperty i poprosiłem Przemka, o przekazanie jej, kiedy Sven wróci. Na pociąg, naturalnie, biegłem. I zdążyłem.

Teraz historia ma otwarte zakończenie.